Forum Centralne

Wspólne forum Księstwa Sarmacji i jego prowincji

Przejdź do zawartości

W przypadku problemów z zalogowaniem usuń ciasteczka.

Ferska wyprawa [wątek narracyjny]

Najstarsza prowincja Księstwa Sarmacji oraz nasza stolica, Książęce Miasto Grodzisk

Re: Ferska wyprawa [wątek narracyjny]

Postprzez Bocian 26 mar 2020, o 00:28

Żołnierze przebiegli pochyleni wzdłuż muru okalającego jedną z posiadłości i przekroczywszy ulicę uklękli w jednej linii wzdłuż ściany zburzonego budynku. Po rozejrzeniu się po okolicy wymienili się spojrzeniem. Nikt nie widział zagrożenia, dlatego jeden z nich spojrzał w stronę miniętej posiadłości i kiwnął głową w stronę schowanych za murkiem trzech mężczyzn – dwóch zbrojnych i cywila, któremu uzgodnionym klepnięciem w ramię przekazano pozwolenie na dalszy marsz. – A teraz jak Ninja. Cichy i niewidzialny – Piotr vel Bocian zacytował w myślach jednego z bohaterów animowanego filmu - Przemykam. Przemykam niewidzialny, po czym kilkoma skokami obunóż przebył pół długości murku.

Klęczący z tyłu na jednej nodze Grzyb stuknął łokciem kolegę, żeby ten przez przypadek nie przegapił tego niezwykłego zjawiska.
- Czy my naprawdę musimy niańczyć tego błazna? – zapytał szeptem wskazując podskakującego jak żaba mężczyznę.
- Podobno to jakiś znany pismak. Dostał nawet ostatnio jakiś medal czy coś – odpowiedział szeregowiec Klejowski wolno ruszając za cywilem. – Chyba przełożeni chcą mieć dobre stosunki z prasą, dlatego mamy go pilnować.
Tymczasem reporter dla bezpieczeństwa chciał zniknąć z widoku i przeskoczył na drugą stronę murku do zapuszczonego ogrodu. Zrobił to tak niefortunnie, że upadł w gęste skupisko pokrzyw. – Co to było to nie ja. Mnie tu w ogóle wcale nie ma – podbudował siebie w myślach kontynuując rolę, w którą się wcielił, po czym stanął na nogi i otrzepał się z resztek rośliny. Napotkawszy wzrok zdziwionych żołnierzy, którzy go eskortowali, uśmiechnął się i pochylony ruszył do końca muru, gdzie ponownie wrócił na dziurawy chodnik od strony ulicy. Potem we trzech przekroczyli ulicę.
- Co tak długo? – zapytał z wyrzutem Kapral Wichura.
Grzyb przewrócił oczami i westchnął. Nie trzeba było nic więcej mówić. Obok niego cywil drapał się nerwowo po rękach, na których wyskoczyły już małe bąble od bliskiego spotkania z pokrzywami. Wskazał dalszy kierunek i po chwili bez zbędnych słów drużyna ruszyła w dalszą drogę.

Dochodząc do docelowego miejsca kapral Wichura zarządził ciszę. Mimo obciążenia sprzętem żołnierze lekko przemieścili się zajmując dogodne miejsce do obserwacji. Podejrzani mężczyźni, o których mówił dziennikarz byli we wskazanym miejscu. Było ich jednak więcej niż wcześniej zauważył.
- Dobra. Jest ich sporo i są uzbrojeni. Wy dwaj, zajmijcie dobre punkty obserwacyjne i ich dokładnie policzcie – polecił Wichura kiwając głową na dwóch szeregowych, po czym skontaktował się ze swoimi przełożonymi. Uzyskawszy informacje rozstawił wokół resztę ludzi, aby czekając na wsparcie mieli wszystko na oku nie zdradzając swojej pozycji.
W międzyczasie Piotr vel Bocian starał się rozmawiać z niektórymi żołnierzami. Wychodziło mu to z różnym skutkiem, ale wszystko notował w swoim notesiku.

Wkrótce na miejsce przybyło wsparcie. Żołnierze rozbiegli się po okolicy zajmując ustalone pozycje.
Piotr vel Bocian wyglądał zza murku i obserwował przebieg akcji. Zauważył jednego z żołnierzy, który zaczął coś mówić przez megafon. Nie zdążył zrozumieć wypowiadanych słów. Gdy padł pierwszy strzał mężczyzna aż usiadł z wrażenia. Nie był na to przygotowany. Był nieco w szoku, bo do tej pory nigdy nie był tak blisko centrum wydarzeń. Kucając przesunął się nieco w bok, by lepiej zobaczyć co się dzieje. Szczególnie zwracał uwagę na znanych mu już żołnierzy, którzy otworzyli ogień włączając się do strzelaniny z szabrownikami. W pewnym momencie tuż obok coś wybuchło rozrzucając po okolicy fragmenty cegieł. W górę wzbił się kurz pokrywając okolicę. Piotr vel Bocian nie widział nic, a w uszach oprócz wystrzałów zaczął słyszeć przeciągłe dzwonienie. Stojący za nim żołnierz złapał cywila za kołnierz kurtki i odciągnął nieco w głąb zabudowań, zwiększając jego bezpieczeństwo. Dziennikarz przetarł twarz ręką starając się ją oczyścić z brudu. Wkrótce wybuchy i ostrzał zaczął maleć, a do jego uszu dobiegł odgłos śmigieł helikoptera. Po chwili wylądował, a ze środka wybiegli żołnierze zapewniając potrzebującym medyczne wsparcie. Jeden z nich pojawił się niedaleko miejsca przebywania dziennikarza i kilku żołnierzy.
- Ktoś potrzebuje pomocy? – krzyknął medyk rozglądając się po okolicy i zatrzymując wzrok na mężczyźnie siedzącym na ziemi i opartym o mur. – Co tak siedzisz? Coś tobie jest? – zapytał zbliżając się.
– Nie.. – odparł wolno Piotr vel Bocian. – No może lekkie poparzenia.
Medyk kucnął obok zrzucając z pleców plecak ze sprzętem ratunkowym.
- Co się stało? – zapytał mężczyzna rozpinając kieszeń, gdzie znajdowały się opatrunki hydrożelowe. – Dostałeś odłamkiem z granatnika? Jakimś ogniem? Gdzie ta rana?
- Rana? Nie, nie. To nieporozumienie. Poparzyłem się pokrzywą.
Eskulap znieruchomiał i popatrzył niepewnie na cywila, a potem przerzucił wzrok na stojącego obok żołnierza nie wiedząc przez chwilę czy faktycznie dobrze zrozumiał, to co usłyszał. Opiekujący się dziennikarzem zbrojny wzruszył jedynie ramionami.
- Kurwa, jaja sobie człowieku robisz? Może jeszcze maść na odciski? – zapytał w końcu medyk zarzucając plecak na plecy. – Kurwa – rzucił jeszcze ruszając dalej.
Piotr vel Bocian wstał i spojrzał na stojącego obok Grzyba. Żołnierz pokiwał jedynie głową z lekką dezaprobatą.
- Ty to byś chyba na wojnie nie przeżył – odparł, po czym kiwnął głową by mężczyzna szedł za nim.
Rozejrzał się dla pewności czy nic im nie grozi, po czym ruszyli w stronę ostrzelanego obozowiska, gdzie zaczęli się zbierać żołnierze rozprawiając o możliwych podjętych krokach. Mężczyźni przeszli wolno przez gruzowisko, zbliżając się do opatrywanych żołnierzy. Obok nich przenoszono właśnie na noszach rannego szeregowca. Grzyb odwrócił się do Bociana i zapytał:
- Wiesz czym się różni lekarz od wojskowego medyka? – a przy braku odpowiedzi ze strony cywila kontynuował – lekarz leczy ludzi, a medyk sprawia, żeby poczuli się lepiej gdy umierają. To tak do przemyślenia.
Dziennikarz przełknął z trudem ślinę i szedł dalej za żołnierzem.
Po chwili dotarli do dowodzących.
– No to co teraz robimy? – zapytał Grzyb stojącego obok kaprala. - I czy mogę się z kimś zamienić i nie niańczyć dłużej tego pismaka?
Obrazek
Avatar użytkownika
Konsulat Sclavinii
 

Re: Ferska wyprawa [wątek narracyjny]

Postprzez von Thorn-Janiczek 31 maja 2020, o 08:44

Gruba, szara koperta z pieczęciami sztabowymi i książęcymi leżała na stoliku, rozerwana. Von Thorn-Janiczek siedział, popijając kawę i wpatrując się w dokument. Dawno wystygły, wojskowy ersatz nieprzyjemnie kąsał gardło, ale to nie było ważne. Sierżant sztabowy zerknął na leżącą kartkę, siadając również przy stoliku. Przez czas wyprawy do Feru stał się nieformalnym zastępcą dowódcy, wykonując specjalne rozkazy czy po prostu będąc doskonałym partnerem do polemiki na temat przyszłości misji. - Gratuluję awansu, panie majorze - uśmiechnął się, patrząc na dokumenty promujące kapitana do stopnia majora. - I odznaczenia - dodał, zerkając na pudełko, skrywające Srebrny Medal za Długoletnią Służbę. - Taaaak… - mruknął dowódca, dopijając kawę. Wejście namiotu lekko drgało w powietrzu, popychane delikatnym wiaterkiem, który niósł gwar obozowiska. - Wszystko się zmienia, prawda? - mruknął major do swego towarzysza i przeciągnął się, aż stawy chrupnęły. Wstał i sprężystym krokiem podszedł do stanowiska łączności. - Połączcie się z bazą w Punta. Mają przygotować w trybie zwykłym jednostki transportowe i zabezpieczenie. - żołnierz obsługujący systemy łączności skinął głową i rozpoczął procedurę łączenia się. - Wracamy do Punty… - mruknął cicho major.

Obrazek


Ktoś, kto znał dawny Fer, mógłby złapać się za głowę. Albo przynajmniej poczuć, że się zgubił i trafił nie tam, gdzie zapragnął. Odkąd w rejon zniszczonego miasta weszło wojsko, zmieniło się dużo, by nie rzec - wszystko. Część ruin zamieniła się w pył - tu jeszcze unosił się delikatny, drażniący zapach materiałów wybuchowych używanych przez saperów. Stosy gruzu, które pozostały po wyburzeniach zostały wywiezione - część trafiła na ogromne składowisko odpadów, ktore powstało na południowo-wschodnich rubieżach, część trafiła do wód okalających Fer, tworząc wychodzący w morze cypel. W samym mieście, które teraz wydawało się czystsze i przestronniejsze nie zostało wiele budynków. Jedynie te, które miały wartość dla miasta - jak straż pożarna, dawny ratusz czy muzea - a także te, które nie groziły zawaleniem. Lub nie cuchnęły trupem. Żołnierze podczas patroli trafiali raz po raz na maruderów i rabusiów. Szkielety i płytkie groby - tak, to też nie był niecodziennych widok. Chrzęst łusek w pyle i między popękanymi płytami chodnikowymi też nikogo nie dziwił. Fer był upadły. Fer zrównano z ziemią. Ferowi dano nową szansę.

Obrazek


Śmigłowce wzbijały potężne chmury pyłu, który wdzierał się wszędzie - w oczy, pod mundur, w nosy i usta. Nawet chusty, zakrywające twarze i okulary na oczach nie do końca pomagały na tego wszędobylskiego diabła. To jednak nie przeszkadzało żołnierzom - jeden po drugim, spadochroniarze z 1. Ferskiego Batalionu Hybrydowego znikali w przepastnych gardzielach ładowni śmigłowców transportowych. Te, wypełniwszy się sprzętem i ludźmi wolno odrywały się od ziemi i odlatywały w kierunku bazy. - Wszystko zgodnie z planem? - zagadnął stojącego obok sierżanta major, zasłaniając usta przed chmurą pyłu. - Melduję, że połowa wojska w drodze powrotnej, na rozkaz majora przelot zabezpieczają samoloty szturmowe. - Jak na potwierdzenie słów sierżanta powietrze rozdarł ryk przelatującego SU-34. - Jednostki medyczne i saperskie już się zebrały, reszta chłopaków zabezpiecza i czyści teren - dodał żołnierz, pokasłując. Pył, ten pieprzony pył był wszędzie. - Dobrze. Polecę razem z ostatnim transportem - dodał major von Thorn-Janiczek. Jeszcze tydzień temu obóz tętnił życiem - teraz po nim zostawały jedynie ślady po namiotach i kontenerach, skrzętnie uprzątniętych przez oddziały logistyczne. Ciężki sprzęt już wyjechał, na miejscu zostały tylko lekkie jednostki, które można było transportować śmigłowcami. Straszące ruiny, które zastali podczas desantu, znikły. Gdzieniegdzie stały jedynie budynki - owszem, brudne, obdrapane i zarośnięte - ale jednak pozbawione otuliny z gruzu. Tak, miasto miało szansę się podnieść. A jego żołnierze zdobyli nowe doświadczenie. Ćwiczenia saperskie, strzeleckie, desantowe, przejmowanie celów osobowych i terenowych, poruszanie się po niebezpiecznym terenie - to wszystko stanowiło wartość. Major, lecąc ze swymi ludźmi do Feru, nie spodziewał się jednak, że jego ludzie nabiorą też bezpośredniego doświadczenia bojowego. Wspomniał, z lekkim uśmiechem, wymianę ognia z rabusiami dzieł sztuki. Modelowa akcja. Tak, powinien za to rozdać kilka awansów, ale to już w bazie. - Na wszystko przyjdzie pora… - mruknął do siebie, ignorując pytający wzrok sierżanta. I tu można by rzec, że odszedł w kierunku zachodzącego słońca, lecz byłoby to kłamstwo. Bo major poszedł po prostu odlać się w krzaki, by pełen pęcherz nie doskwierał mu podczas lotu z ostatnim plutonem zabezpieczenia.

Obrazek



- - - KONIEC - - -
Namiestnik Starosarmacji
Dowódca Bazy Sił Powietrznych w Punta
mjr KSP bar. Bartosz von Thorn-Janiczek herbu Groty
Avatar użytkownika
Żołnierz Książęcych Sił Zbrojnych
Dwór Jego Książęcej Mości
Starosarmacja
 

Poprzednia strona

Powrót do Starosarmacja

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości