Forum Centralne

Wspólne forum Księstwa Sarmacji i jego prowincji

Przejdź do zawartości

W przypadku problemów z zalogowaniem usuń ciasteczka.

Ferska wyprawa [wątek narracyjny]

Najstarsza prowincja Księstwa Sarmacji oraz nasza stolica, Książęce Miasto Grodzisk

Re: Ferska wyprawa [wątek narracyjny]

Postprzez von Thorn-Janiczek 21 lut 2020, o 21:51

- Dobra szeregowy, chodźcie za mną. - rzucił porucznik, kierując się do namiotu dowodzenia. Po chwili przystanął jednak, z zamyśleniem patrząc na namioty medyków, które przysłała Królowa Teutonii, Joanna Izabela. Na początku nie wiedział co z nimi począć, w końcu te kilka otarć i skręceń było zabawą dla jego własnych służb medycznych. Jednak szybko wpadł na pomysł, jak wykorzystać nie tylko fachowe, ale i wysoko wyspecjalizowane jednostki teutońskie. W rozmowach z lekarzami dogadał się, by sprawdzali teren pod kątem epidemiologicznym. W końcu kto wie, czy w zakamarkach ferskich ruin nie kryje się jakieś zagrożenie biologiczne czy chemiczne. Wstępne badania nie wykazały takich zagrożeń, ale lepiej dmuchać na zimne. - Szeregowy, sprawdźcie, czy medycy mają już gotowy raport na temat stanu zwierzyny złapanej i odstrzelonej w strefie działań. - rzucił rozkaz do towarzyszącego mu łącznika. Od kilku dni na jego wyraźny rozkaz patrole przekazywały próbki martwych zwierząt i podejrzanie wyglądających roślin medykom, a ci mieli sprawdzać je pod kątem znanych wirusów i bakterii. - Jeśli nie ma nic nowego, to jesteście na dzisiaj wolni, zameldujcie się jutro z rana. - rzucił na odchodne, samemu kierując się do namiotu dowodzenia.

Obrazek


Odchylone wejście do namiotu wpuściło do środka nie tylko powiew, ale również mały tuman pyłu, który osiadł cienką warstewką na kilku skrzyniach i butach krzątających się żołnierzy. Miarowo buczały agregaty, wojskowe palce stukały w klawiatury, pogryzający nerwowo ołówek łącznościowiec gmerał coś w tajemniczych trzewiach swego narzędzia pracy. Gdy dowódca jednostki saperskiej wszedł do środka jego oczom ukazał się prawdziwy ul. Gwar żołnierzy siedzących nad mapami, rozkazy padające przez wojskowe środki łączności, kilku podoficerów kreśliło coś na szkicach miasta. Pośrodku tego wszystkiego tkwił dowódca, porucznik von Thorn-Janiczek, spoglądając w podany przed chwilą raportu. Na czole mężczyzny znaczył się frasunek, skryty w zmarszczkach. - Niech 3. kompania przeniesie się nieco na zachód, bo trochę za mocno niesie ich ostrzał - mruknął do stojącego obok niego podoficera, oddając mu lekko wymięty meldunek. Po chwili odwrócił się do dowódcy saperów. - O, sierżant von Hippogriff-Piccolomini! - ucieszył się, oddając salut i ściskając dłoń żołnierza. - Cieszę się, że Was widzę w tym rozgardiaszu! - dodał, wzruszając ramionami i wskazując nieokreślony kierunek za ścianami namiotu. - Myślę, że wiecie, po co tu jesteście. - mówiąc to, podszedł do mapy i wskazał kilka miejsc, nie siląc się na kurtuazję i przeciąganie powitań. - Chciałbym, żebyście oczyścili główne drogi, idące z północy na południe - wskazał na mapę. - Są zagracone zburzonymi budynkami, niewykluczone, że mogą tam być jakieś zbiorniki paliw czy gazu, warto to sprawdzić, a wy macie czym. - dodał, rysując linie i znacząc trasę. - Potem zajmijcie się drogami na linii wschód-zachód. W ten sposób podzielimy miasto na sześć sektorów - dodał, zakreślając linię kolejnym kolorem. -Jeśli czegoś Wam potrzeba, meldujcie, zobaczę, co da się zrobić. - zakończył, wpatrując się w podoficera.

Obrazek


Wieczór zbliżał się nieubłaganie. Ciepłe światło zachodu zamieniało się coraz bardziej w mroczne, granatowe cienie. Zapalały się pierwsze lampy, agregaty buczały jakby głośniej, a żołnierze niepełniący służby zbierali się przy ogniskach. Tu i ówdzie brzdękała przemycona jakimś cudem gitara. Nawet znad ruin nie było słychać już strzałów ćwiczeń snajperskich. Plutony rotacyjnie obozowały w ruinach, doskonaląc techniki kamuflażu, przetrwania w trudnym terenie i zarazem ćwicząc się w nocnych podchodach. Siedzący pod jednym z okopconych murów, będących kiedyś częścią jakiegoś domu, porucznik westchnął, upijając łyk wystygłej kawy. Bezwiednie gmerał patyczkiem, trzymanym w drugiej dłoni, w ziemi, rysując na niej nieokreślone kształty. Fer… Miasto, do którego żywił tyle nostalgicznych wspomnień. Gdzieś z zakamarków wspomnień dolatywał szum silników potężnych A-10 Thunderbolt. Ale to były już wspomnienia. Miasto, siedziba legendarnego 9 Dywizjonu Szturmowego „Skrzydło Feniksa” upadło. - To czas je odbudować, do cholery - mężczyzna mruknął do siebie i swoich myśli i wrócił do odręcznego spisywania rozkazów. Ruiny - wyburzyć. Gruzy - zbierać w kopcach, czyszcząc tereny z ich resztkami. Budynki niestanowiące zagrożenia budowlanego - zachować, oczyścić, zabezpieczyć. Resztki dziedzictwa kulturowego, prawnego i niezniszczone lub niezrabowane mienie prywatne - zabezpieczyć. Długopis kreślił linie na przyjmującym wszystko papierze. Padały rozkazy dla kompanii powietrznodesantowych - w końcu ćwiczenia w ruinach przygotują ich doskonale do służby. Padały także dla saperów - niech ich pracowite dłonie wyrównają co się da, a materiały wybuchowe zrównają z ziemią to, co nie jest do uratowania. Medycy również nie będą bezczynni - ich wiedza pozwoli ochronić tych, którzy wylewają pot w perską ziemię, by nadać jej nowy kształt. - Jeszcze usłyszę śmiech dzieci na ulicach i brzęk filiżanek w kawiarniach, a samoloty znów przetną ferskie niebo - mruknął z determinacją żołnierz, wstając, otrzepując spodnie z pyłu i spoglądając na wciąż żyjący obóz.

Obrazek
Namiestnik Starosarmacji
Dowódca Bazy Sił Powietrznych w Punta
mjr KSP bar. Bartosz von Thorn-Janiczek herbu Groty
Avatar użytkownika
Żołnierz Książęcych Sił Zbrojnych
Dwór Jego Książęcej Mości
Starosarmacja
 

Re: Ferska wyprawa [wątek narracyjny]

Postprzez Joanna Izabela 25 lut 2020, o 22:42

Medycy z szpitala polowego TAM sprawdzali dostarczoną zwierzynę łowną. Wydawało się, że nie wykryto zagrożenia, a wszystkie mikroorganizmy były nieszkodliwe dla człowieka. Lekarz główny odpowiedzialny za działanie szpitala był w połowie pisania raportu gdy nagle do jego pokoju wbiegła młoda stażystka.
- Panie doktorze, coś zdecydowanie jest nie tak...musi doktor zobaczyć co znaleźliśmy na wycinku z ferskiego królika... - powiedziała piskliwym głosikiem
- Nie może Pani tak sobie wbiegać do mojego gabinetu. - powiedział lekarz mając już za sobą ponad 20 letnie doświadczenie, które mówiło mu, że większość młodych jest zdecydowanie przewrażliwiona, a ich "odkrycia" to przeważnie pomyłki.
-Panie doktorzy naprawdę, proszę niech doktor zobaczy... - szła w zaparte młoda stażystka
-Niech Pani będzie. - niechętnie zgodził się lekarz, chociaż w głowie już przeklinał, że dzisiejszy wieczór zamiast spędzić nad szklaneczką teutonicy w doborowym towarzystwie jednej z powieści Arcyksięcia Hergemona, spędzi w mniej doborowym towarzystwie ferskiego królika.
(-)Joanna Izabela
Królowa Teutonii
Avatar użytkownika
Królestwo Teutonii
Prefektura Sarmacji
Sejm Księstwa Sarmacji
Rada Ministrów
Dobry Obywatel
 

Re: Ferska wyprawa [wątek narracyjny]

Postprzez Wilhem Orański 28 lut 2020, o 12:39

Z nieba spadła prawdziwa ulewa. Krople deszczu uderzały o każdy budynek, a raczej jego ruiny, i każdy skrawek ziemi. Wokół nie było słychać niczego prócz skutków prawdziwego oberwania chmury.

Wilhelm Orański stanął przed granicą miasta nazywanego Fer. Ogarnął wzrokiem ogrom zniszczeń, jakie pozostały po wielkiej katastrofie sprzed paru lat. Zburzone ściany budynków, drzewa, które dawno przebiły dachy, powybijane okna, żadnych oznak życia. Tylko gdzieniegdzie dało się słyszeć krakanie wron. Na prawo od siebie zobaczył ich skupisko — ich lśniące skrzydła pokryte były kroplami deszczu, wbijały swój głęboki wzrok w przechodnia, jakby dziwiły się, że ktoś tu jeszcze zagląda.
Fer. Mój nowy dom — pomyślał Orański i postawił pierwszy krok na tej ziemi. Błoto rozbryzgało się wokół jego czarnych, skórzanych butów.

Arystokratyczny strój, którego Wilhelm używał na co dzień, jako członek możnego rodu Orańskich-Nassau zdecydowanie nie pasował na to pustkowie. Wybrał więc komplet, który — jak sądził — będzie najlepszy na tę okazję, a jednocześnie podkreśli jego pochodzenie. Czarne, wysokie, skórzane buty, lekkie spodnie, które można było do nich włożyć, czarna koszula przylegająca do ciała i zapinana złotymi guzikami z wizerunkiem lwa orańskiego, na to zaś długi płaszcz z kapturem, opadający na prawe ramię. Niezbędne narzędzia służące do eksploracji przywiązane były do pasa. Torba była zbędna, najpierw chciał poznać te tereny, na przeprowadzkę przyjdzie czas później.

Orański wszedł do miasta od południowego zachodu i podążał na wschód południową jego granicą. Nałożył kaptur na głowę i dokonał pierwszych oględzin. Żadnych oznak obecności drugiego człowieka. Jedynie szkielety budynków, których obecność przywoływała na myśl sceny z horrorów. Wszedł do pierwszej z budowli, która stanęła mu na drodze.
Kiedyś musiał tu być kawiarnia — ocenił Orański po rozstawieniu stolików, ladzie, za którą stała pusta kasa i potłuczonych filiżankach. — Świetne miejsce na poranne spotkania przy kawie. To musiało być popularne miejsce, sądząc po wytartej posadzce.

Wilhelm przeszedł się po sali. Wszedł za ladę, a wtedy drewniana podłoga zaskrzypiała pod jego ciężarem. Słysząc ten dźwięk zorientował się, że w pozostałej części budynku, mimo wytartej posadzki i potwornego stanu obiektu, deski nie wydawały żadnych dźwięków, gdy po nich stąpał. Kucnął więc obok miejsca, które wydało mu się podejrzane i odsunął zakurzony dywan, przedstawiający jakieś ornamenty. Bystre oko dostrzegło, że parę desek było luźno włożonych. Wyciągnął niewielką, składaną łopatę i podważył je. Zejście w dół — powiedział na głos i zeskoczył, oceniając ryzyko jako niewielkie. W małym pomieszczeniu nie było nic, prócz jednych drzwi. Nacisnął starą klamkę, pchnął skrzydło, a jego oczom ukazał się długi, ciemny tunel. Wyciągnął latarkę, a słysząc jedynie spadające krople, ruszył w głąb.


Obrazek


Tunel nie okazał się obfity w żadne interesujące znaleziska. Na pewnym odcinku stał jedynie worek wypełniony dziesięcioma butelkami z napisem „TEUTONICA”. Nie wiedząc jednak, czym jest ów trunek, zostawił go w tym samym miejscu, w którym go napotkał. Tunel dobiegł końca. Przed Wilhelmem Orańskim ukazała się niewielka, mokra drabinka, prowadząca na górę. Wspiął się po niej, otworzył klapę i znalazł się w jakiejś willi. Pomieszczenia nie były aż tak zniszczone, jak te, które wcześniej miał sposobność zwiedzać. Na ścianach dało się ujrzeć herby Starosarmacji, a z malowideł na ścianach spoglądał feniks. Zmęczony dniem pełnym wrażeń, sprawdził tylko, czy w okolicy nikt się nie kręci i udał się na spoczynek z nadzieją, że następnego dnia przemierzy kolejne kilometry w poszukiwaniu tożsamości Feru. Chciał pomóc w odbudowie miasta i życia kulturowego tej krainy. Zaplanowawszy ze szczegółami następny dzień, ułożył się na jednym z łóżek do snu, zakładając na głowę kaptur i owijając się w swój płaszcz.

Rano, gdy słońce dopiero puszczało swe pierwsze promyki, obudziło go dziwne światło, skierowane prosto na jego twarz.

— Ktoś tu jest — powiedział nieznajomy głos, wybudzając Orańskiego ze snu. Dostrzegł wysoką postać w żołnierskim umundurowaniu. — Książęce Siły Zbrojne! — krzyknął nagle w kierunku Wilhelma, kiedy za plecami żołnierza pojawili się się kolejni członkowie kompanii. — Pójdzie pan z nami.
(—) Wilhelm J. Orański
Avatar użytkownika
Dwór Jego Książęcej Mości
 

Re: Ferska wyprawa [wątek narracyjny]

Postprzez Bocian 29 lut 2020, o 00:21

Piotr vel Bocian biegł ile miał sił w nogach i przeskakując przez pobojowisko kierował się ponownie w stronę dawnego centrum miasta. Oprócz jego przyspieszonego oddechu i odgłosów przewracanych przez buty kamieni słyszeć można było jedynie szum wiatru pomiędzy szczelinami ruin. Dopiero po paru minutach gdy był w gęstszej zabudowie zdecydował się odwrócić i sprawdzić czy nikt za nim nie biegnie. Było pusto. Na szczęście nikt go nie zauważył, a może po prostu nikt nie zdecydował się na pościg.

Oparł się o jedną ze ścian opuszczonego budynku. Nie był bardzo dobrze wysportowany i szybki bieg kosztował go wiele wysiłku. Organizm dramatycznie potrzebował dużej ilości tlenu. Próbował wyrównać swój oddech. Miał świadomość, że trzeba wolno i równomiernie nabierać i wypuszczać powietrze. Kim byli mężczyźni, których spotkał na skraju miasta wracając do domu? Z początku wyglądali jak zwykli szabrownicy - było ich trzech lub czterech i krzątali się po ruinach z łopatami i taczkami przeszukując zwały wybranej ziemi. Piotr vel Bocian natychmiast stanął i ukrył się za jednym z pni. Po chwili zauważył, że po pierwsze mężczyzn jest co najmniej dwukrotnie więcej, a po drugie byli dobrze zorganizowani. Zwrócił uwagę, że jeden z nich trzymał w rękach jakiś dokument lub mapę i instruował pozostałych. Nie mógł tam zostać. Odczekał na dogodną chwilę i ruszył pędem w kierunku centrum miasta- tam, gdzie spotkał wojskowego. Musiał przecież kogoś o tym powiadomić. Tak,to była przyczyna jego biegu. Tłumaczył sobie, że nie uciekał, tylko po prostu musiał szybko znaleźć kogoś dbającego tu o bezpieczeństwo.

Stojąc przy ścianie wyrównał oddech. Poczuł silne pulsowanie w ręce. Spojrzał na nią i dopiero zauważył, że mocno krwawiła z przedramienia. Wcześniej adrenalina spowodowała, że nie zwracał na to uwagi. Poruszył palcami, a potem całą ręką. Była sprawna. Kiedy to mogło się stać? Może gdy się potknął i wyrżnął o ziemię? Mógł rozciąć sobie rękę o jakąś studzienkę. Chociaż oczywiście przyjemniej dla ucha brzmiałoby określenie, że ranę odniósł w wyniku spotkania grupy niebezpiecznych szabrowników.
Ruszył dalej kierując się w stronę, w której widział lądujących spadochroniarzy. Dalszą drogę przebył już spokojniejszym truchtem.
Obrazek
Avatar użytkownika
Konsulat Sclavinii
 

Re: Ferska wyprawa [wątek narracyjny]

Postprzez von Thorn-Janiczek 2 mar 2020, o 19:57

To nie był dobry dzień. Większość żołnierzy skryła się w obozach rozstawionych w ruinach miasta. Jedynie pechowi wartownicy musieli trwać na posterunku. Nikt nie kwapił się do wychodzenia z namiotów. Wszystko przez tę pogodę, którą żołnierze nazywali prosto - cholerną. Wiatr dął całą noc, szarpiąc materiałem namiotów, brezentowymi płachtami, pałatkami. Gdyby jeszcze tylko to była wichura, to dałoby się przeżyć. Ale to, co przyszło potem, zmieniło poranek w prawdziwą katorgę. Siekący zimnymi falami deszcz zmieniał ziemię w rozmokłe bajoro. Skapująca za kołnierze woda przyprawiała o dreszcze. Wszystko było mokre, nawet kilka namiotów przeciekało. Na szczęście sprzęt został odpowiednio zabezpieczony, kosztem kilkudziesięciu brezentowych płacht. W eterze panowała głucha cisza, radiowcy z nudów grali w kółko i krzyżyk, wodząc smętnym wzrokiem za oficerami, którzy snuli się, nie mając nic do roboty. Zły jak osa dowódca, świeżo mianowany kapitanem von Thorn-Janiczek siedział przy stole sztabowym, podpierając głowę zaciśniętą w pięść dłonią. Do kubka, stojącego nieopodal z głośnym stukotem skapywała woda z jakiejś nieszczelności w namiocie. - Pieprzona ulewa…- mruknął do siebie żołnierz, a jakby w odpowiedzi na jego słowa w oddali rozległ się pomruk burzy. Drażniła go pogoda, drażniła go bezczynność wywołana warunkami. Owszem, mógł przegonić żołnierzy w ulewie, wytarzać w błocie i jeszcze kazać im potem się prać w deszczu. Tylko po co? Kilka plutonów i tak rutynowo wykonywało ćwiczenia, ich pech że wypadły w taką pogodę. Przyda im się umiejętność strzelania w deszczu czy podkładania ładunków wybuchowych. A reszta? Niech korzystają z dnia przerwy. A wieczorem i tak dostaną zadania teoretyczne. A jeszcze tam u medyków jakieś poruszenie. -Ech, pieprzona pogoda... - westchnął cicho, chociaż jakieś dziwne przeczucie, drażniące jak wbita drzazga, mówiło mu, że z tego poruszenia wśród ekipy z Teutonii może być jeszcze jakaś draka. Przez chmury zalegające nad Ferem przebiło się kilka promieni słonecznych, ale ulewa nie zamierzała ustać. Rozważania nad pogodą i zadaniami dla żołnierzy przerwał dowódcy szum przy wejściu do namiotu. Po chwili wartownik wszedł i zameldował się służbiście. - Panie kapitanie! Melduję powrót patrolu z południowej części miasta! - szczeknął szeregowy, stojąc na baczność. - Spocznij, spocznij… - mruknął oficer. - I coś specjalnego się stało, że meldują się bezpośrednio do sztabu? - zagadnął, tłumiąc ziewnięcie. Deszcz zawsze działał na niego usypiająco. I chyba nie tylko na niego, jeśli patrzeć na ledwo przytomne spojrzenia radiowców. - Dobra, dawaj tu dowódcę patrolu, a reszta niech się skryje pod wiatą. - dodał, wlewając do kubka chłodnej kawy. Upił łyk, przeklinając w duchu. Po chwili do namiotu wszedł przemoczony kapral, salutując. - No dobrze, co tam się stało kapralu? - zagadnął von Thorn-Janiczek. - Panie kapitanie, melduję że w czasie rutynowego patrolu w rejonie południowym natrafiliśmy na obecność niezidentyfikowanego cywila. Zatrzymaliśmy go do czasu ustalenia tożsamości i celu przebywania w rejonie zmilitaryzowanym! - zakończył kapral, salutując. Kapitan skrzywił się w duchu, słysząc o zmilitaryzowanym rejonie. Czasami młodszych dowódców ponosiła fantazja. Ale co zrobić, gdzieś musieli nabrać doświadczenia. - Dobra, dawajcie go tutaj. - westchnął, spoglądając na siekący na zewnątrz deszcz. Po chwili do namiotu weszło dwóch szeregowych, a między nimi ów obcy. Obcy to było dobre słowo. Mimowolnie dowodzący akcją w Ferze uniósł brwi, patrząc na wygląd mężczyzny. Ten nie wyglądał jak szabrownik, poszukiwacz przygód czy diabli wiedzą kto. Pierwsza myśl, jaka przyszła do głowy von Thorn-Janiczka była absurdalna. - Zagubiony szlachcic - pomyślał i uśmiechnął się lekko. - Witam w ten niezbyt pogodny dzień. Kapitan von Thorn-Janiczek, Książęce Siły Powietrzne - przedstawił się. - A także burmistrz Feru - dodał z lekkim westchnięciem. - Z kim mam przyjemność i czym mogę służyć? - zapytał, wbijając spojrzenie w oczy nieznajomego.

Obrazek


Tymczasem ulewa trwała nadal, nie zwracając uwagi ani na utyskiwania żołnierzy, ani na sarkanie dowódcy, ani na wszelkie inne wydarzenia dziejące się pośród zgliszczy, dumnie zwanych Ferem. Żołnierze 1. drużny 2. plutonu kompanii wartowniczej też klęli. I to głośniej i parszywiej od swoich kolegów, wylegujących się we względnie suchych namiotach. Pechowcy trafili na patrol. Chwila przerwy w ruinach zaowocowała okazją nie tylko do chwili odpoczynku, ale także do wypełnienia żołądka czymś cieplejszym. - Dobra drużyna, 30 minut przerwy - zarządził dowodzący kapral, zrzucając z siebie ociekającą wodą pałatkę. - Wystawić czujki. Kwas, Trawkowski i Kreska, wy pierwsi, za 10 minut zmiana - wydał rozkaz i usiadł ciężko na stosie pustaków kapral Wichura. Żołnierze również rozsiedli się, grzebiąc w plecakach i wyciągając racje żywnościowe. Po chwili powietrze wypełnił zapach konserw i charakterystyczny chrupot wojskowych sucharów, rozgryzanych silnymi, sarmackimi szczękami. Od ręki do ręki krążył niewielki termos, wypełniony gorącą herbatą z miodem. Jedzenie przyjemnie wypełniało brzuch, nogi odpoczywały, wiatr nie wychładzał i deszcz nie kapał na głowę - istna sielanka! Piknikowy nastrój przerwały dwa ciche gwizdnięcia. Żołnierze momentalnie zesztywnieli. Racje żywnościowe posypały się na pokrytą pyłem ziemię, dłonie wylądowały na broni. Dwa gwizdnięcia - sygnał kontaktu z niezidentyfikowanym przeciwnikiem. Czyżby wreszcie coś miało się dziać? - Pewnie jakiś cywil… - mruknął do siebie kapral Wichura, sprawdzając mimo to rozstawienie swoich „dzików”, jak żartobliwie nazywał swoją drużynę. - Co jest? - szepnął, podkradając się do szeregowego Kwasa, który dał sygnał. - Panie kapralu, melduję jakiś facet tam, między budynkami - szeptem zaraportował żołnierz, wskazując podbródkiem kierunek. Podoficer powoli wyjął lornetkę i poprawiwszy ostrość przyjrzał się wskazanej okolicy. Faktycznie, między dwoma budynkami stał człowiek, dysząc ciężko. - W sumie dziwny jakiś, bo biegł jakby go ktoś po dupie kijem lał… - mruknął szeregowy. Kapral potwierdził niezrozumiałym mruknięciem, dalej przyglądając się nieznajomemu. Jego uwagę zwróciła zakrwawiona odzież mężczyzny. Po chwili dowódca patrolu wycofał się do reszty swojego składu. - Dobra. Mak, Kompotowicz, wy zajdziecie go z lewej - mruknął kapral, wskazując na ruinę szkoły po lewej stronie. - Piguła i Klejowski, wy z prawej - tu wskazał na wielkie hałdy popękanych cegieł i pustaków. - Grzyb asekurujesz, Meskaliński zostajesz w odwodzie, ja pójdę z czujką przodem - zakomenderował. - Wszyscy przełączyć się na gadulca, kanał 2. - dodał, wkładając słuchawkę do ucha. - Wszyscy gotowi? To przejmujemy ancymonka - wydał rozkaz i żołnierze ruszyli wolno, w pełnej ciszy w kierunku nieznanego mężczyzny, który nieświadom ich obecności ruszył w ich kierunku truchtem.

Obrazek
Namiestnik Starosarmacji
Dowódca Bazy Sił Powietrznych w Punta
mjr KSP bar. Bartosz von Thorn-Janiczek herbu Groty
Avatar użytkownika
Żołnierz Książęcych Sił Zbrojnych
Dwór Jego Książęcej Mości
Starosarmacja
 

Re: Ferska wyprawa [wątek narracyjny]

Postprzez Wilhem Orański 6 mar 2020, o 11:54

Wilhelm nie przypuszczał, że mogą go potraktować w taki sposób. Szarpnęli go mocno, aż wypadł z łóżka na podłogę, a później pod czujnym okiem prowadzili przez pół miasta w niemiłosiernej ulewie. Kaptur przestał już praktycznie chronić go przed deszczem. Buty przemokły. Spodnie, do kolan w błocie, przestały świadczyć o jego pochodzeniu. Zero szacunku dla gościa - pomyślał. Przez całą drogę nie odpowiedzieli na żadne jego pytanie - kim są, dokąd go prowadzą, ani czym się im naraził. Czasami tylko jeden z nich podszedł do Orańskiego i ryknął w jego stronę parę niecenzuralnych słów.

Parę godzin później doprowadzili go do jakiegoś miasteczka, składającego się z szybko postawionych namiotów i paru sprzętów, których przeznaczenia nie znał. Poczuł się jak w średniowiecznej opowieści, mając przed oczyma coś na wzór obozu oblężniczego. Brakowało tylko zamku, który mógłby stać się celem ataku. Wrócił jednak myślami do rzeczywistości. Próbował zapamiętać, ile się da. Rozstawienie namiotów, ilość żołnierzy w poszczególnych częściach obozowiska, a przede wszystkim drogę, którą go prowadzili. Gdy doszli do namiotu, który ewidentnie różnił się wielkością od pozostałych, jeden z żołnierzy krzyknął do Wilhelma: - Stoisz tu bez ruchu! Orański prychnął i przewrócił oczami. Takie rozkazy nie robiły na nim większego wrażenia, a już na pewno nie z ust kaprala i nie, gdy jest w cywilu.

Gdy kapral wyszedł z namiotu, najpewniej po rozmowie ze swoim przełożonym, znów ryknął w stronę schwytanego: - Do środka! Jeden z dwóch żołnierzy, którzy cały czas stali przy Orańskim, pchnął go do przodu. Gdy weszli do środka, stanął przed nim wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, który już na pierwszy rzut oka budził respekt, nie to co ci, którzy go tu targali przez pół miasta, udając kogoś ważnego.

- Wilhelm Orański, miło mi. Jestem nowym mieszkańcem tego miasta, który chcąc dowiedzieć się czegoś o nim, postanowił je zwiedzić. I całkiem nieźle mi szło, do czasu aż zjawili się pańscy chłopcy - odrzekł w akompaniamencie spadających kropli z jego płaszcza. Spojrzał lekko w dół, widząc kałużę, która powstała za jego przyczyną. - Muszę przyznać że rzadko kiedy spotyka się takie traktowanie turysty, a co dopiero nowego mieszkańca. Rozumiem jednak, że i warunki są zgoła odmienne. Powiedziano mi, że być może przydam się tutaj, bo miasto trzeba zbudować praktycznie od zera. Siłę i zmysł architekta mam. Ale widzę, że i kultura kuluje - rzucił przy tym wymowne spojrzenie w stronę kaprala, który wypiął pierś, przyjmując to raczej jako komplement, niż zarzut.
(—) Wilhelm J. Orański
Avatar użytkownika
Dwór Jego Książęcej Mości
 

Re: Ferska wyprawa [wątek narracyjny]

Postprzez Bocian 8 mar 2020, o 01:21

- Wstawaj - rzucił szeregowiec Kwas podchodząc do klęczącego na ziemi mężczyzny.
Miał ręce splecione na karku, a w twarz nieprzyjemnie zacinał go deszcz. Po chwili stękając wstał nie zmieniając położenia dłoni. Obok, nieco za plecami stało jeszcze dwóch wojskowych mierząc cały czas do zatrzymanego z broni.
Dowodzący grupą kapral Wichura skończył rozmawiać przez krótkofalówkę i podszedł bliżej. Pokazał ręką podwładnym, by opuścili broń.
– Trzymaj – odparł podając legitymację dziennikarską - wszystko w porządku, możesz już opuścić ręce.
Piotr vel Bocian schował dokument i zaczął otrzepywać ubranie z błota.
- Nie ma za co – mruknął pod nosem, jakby kontynuował wyimaginowaną rozmowę, a głośniej dodał - zawsze tak traktujecie mieszkańców?
Na myśli miał sytuację sprzed kwadransa, kiedy to dosyć niespodziewanie został zatrzymany przez wojskowych: biegnąc dostrzegł w pewnym momencie jakiś ruch przed sobą, jednak nie zdążył zareagować, bo z boku wyskoczyło do niego dwóch żołnierzy. Piotr vel Bocian zdołał lekko odskoczyć i uciec jednej parze wyciągniętych dłoni, jednak jedynie o sekundę przesunął to, co było nieuchronne. Drugi z żołnierzy rzucił się na niego łapiąc go w pasie i przewrócił na ziemię. Chwilę później kolejny siedział już na plecach dziennikarza przyciskając go kolanem do ziemi, równocześnie boleśnie wykręcając mu w tył rękę. Tak, to spotkanie nie należało do najprzyjemniejszych.
- Niepotrzebnie uciekałeś – stwierdził jeden ze zbrojnych.
– Przed nikim nie uciekałem! – zaperzył się dziennikarz. – Już mówiłem, że biegłem by zgłosić obecność prawdopodobnych szabrowników.
- Dobra, dobra – kapral starał się przerwać tę dyskusję zanim zacznie się niepotrzebnie rozwijać. – Nie spodziewaliśmy się tutaj nikogo, dlatego woleliśmy nie ryzykować. Szabrownikami zaraz się zajmiemy, najpierw musimy odprowadzić cię w bezpieczne miejsce.
Jeden z żołnierzy chrząknął lekko zwracając na siebie uwagę przełożonego. Mrugnął i dał głową znak, żeby odejść na bok.
- Daj spokój Grzyb – Kapral przewrócił oczami. - Jeśli chce ci się lać, to odejdź na bok, a jeśli coś chcesz powiedzieć to mów zamiast tracić czas na te podchody w deszczu.
Grzyb zrobił krok w przód.
- Wydaje mi się, że nie mamy czasu by oprowadzać po okolicy turysty. Prawdziwi podejrzani mogą nam przez ten czas uciec, a mam przerzucie, że to może być coś poważnego.
Kapral przetarł dłonią twarz jakby chcąc ściągnąć z niej nadmiar wilgoci. Grzyb miał rację, jednak dostał wyraźny rozkaz, aby zająć się bezpieczeństwem cywila. Rozwiązaniem był podział drużyny, czego zawsze unikał. Pozostała jedynie jeszcze jedna możliwość.
– Pójdę z wami – rzucił Piotr vel Bocian, który poczuł się pewniej mając w perspektywie osobistą ochronę żołnierzy i był pełen nadziei na znalezienie w końcu ciekawego tematu na artykuł. – Będziecie mnie mieć na oku, więc nic mi się nie stanie. Obiecuję trzymać się z daleka od kłopotów.
Kapral się uśmiechnął. Trafił im się chojrak za trzy grosze. Wprawdzie przez głowę przeszedł mu podobny pomysł, to jednak gdy go usłyszał z ust kogoś innego zaczął mieć wątpliwości. Eskortowanie cywila kontra złapanie szabrowników. Przecież nic mu nie będzie tłumaczył sobie w myślach. Odruchowo rzucił okiem po twarzach swoich kompanów, którzy chcieli uczciwie zasłużyć na odpoczynek w koszarach i z niecierpliwości przestępowali z nogi na nogę. Podjął decyzję. Czy właściwą, to się z pewnością okaże już wkrótce.
Obrazek
Avatar użytkownika
Konsulat Sclavinii
 

Re: Ferska wyprawa [wątek narracyjny]

Postprzez Joanna Izabela 8 mar 2020, o 12:33

Gdy lekarz główny wszedł do laboratorium stwierdził, że faktycznie jest coś nie tak. Znał swoich ludzi i nigdy nie było w tym miejscu, aż tak cicho.
-Adamie, to nie wygląda dobrze - powiedział jego dobry kolega, którego poznał jeszcze w czasie studiów.
-Pokażcie co tam macie-rozkazał, po czym udostępniono mu mikroskop.
Adam pochylił się i spojrzał przez okular, to co zobaczył było co najmniej dziwne. Bakteria, w barwieniu niebieskawa z czerwoną obwódką, mająca dwa genofory. Czegoś takiego jeszcze nie widział.
-Może atakować ludzki organizm. A do tego, część dna jest podobna do wirusa realiozy. - zakomunikowała stażystka
-O cholera, czy są jakieś przypadki u ludzi?- zapytał Lekarz Główny
-Nic nam nie wiadomo, ale myślę, że to kwestia czasu.
Po czym znowu w sali nastała cisza, nikt do końca nie wiedział jak choroba będzie przebiegać jednak wiadome było, że już niedługo sami się o tym przekonają.
(-)Joanna Izabela
Królowa Teutonii
Avatar użytkownika
Królestwo Teutonii
Prefektura Sarmacji
Sejm Księstwa Sarmacji
Rada Ministrów
Dobry Obywatel
 

Re: Ferska wyprawa [wątek narracyjny]

Postprzez von Thorn-Janiczek 15 mar 2020, o 00:04

Dowódca westchnął ciężko. Bo i cóż innego miał zrobić? Żołnierze trochę zbyt poważnie traktowali misję w Ferze, tak, jakby to była strefa działań wojennych a nie ćwiczenia. Zresztą Fer nie był strefą zamkniętą, więc dlaczegóż miałby zabronić komuś odwiedzania ruin? Wypytać, spojrzeć kto się kręci, ewentualnie poprosić o pojawienie się w dyżurce… Ale żeby pod bronią prowadzać? Kapitan raz jeszcze westchnął ciężko. - Kapralu, odmaszerować. - mruknął do nadgorliwego żołnierza dowódca i wskazał nieznajomemu podróżnikowi jedno z wolnych krzeseł. - No cóż, proszę przyjąć moje przeprosiny za to niefortunne powitanie. - wzruszył ramionami von Thorn-Janiczek - Chłopcy nabierają dopiero doświadczenia w działaniach operacyjnych i czasami są zbyt… podręcznikowi, jeśli wie pan, co mam na myśli - dodał. - Kawy? - zagadnął obcego i usiadł. Tymczasem jeden z szeregowych, jakby wyczuwając intencje dowódcy zakrzątnął się przy ekspresie, który po chwili zaczął wesoło trajkotać, puszczając parę. Po kilku minutach ciemny, aromatyczny napój spłynął do blaszanych kubków i wylądował na stoliku przed mężczyznami. - Czego więc chciałby się pan dowiedzieć o tej uroczej kupce ruin? - zagadnął von Thorn-Janiczek, krzywiąc się lekko, bo kawa była rzeczywiście pierońsko gorąca. - Jak pan widzi, tutaj raczej jest cha... - kapitanowi nie dane było skończyć. Zdanie w środku przerwał mu łącznościowiec, który zerwał się od stołu z radiostacją. - Panie kapitanie! Pilny meldunek! - zakrzyknął, wręczając słuchawki z mikrofonem dowódcy. Ten spojrzał chmurnym wzrokiem ale odebrał narzędzie. - Meldujcie - rzucił do mikrofonu. Z każdą sekundą odbierania meldunku jego czoło robiło się coraz bardziej chmurne, a pięść zaciskała się coraz mocniej, aż bielały knykcie. - Jesteście pewni? Piotr vel Bocian? - rzucił krótko. - Prowadzić obserwację, nie wchodzić w kontakt bezpośredni, wsparcie w drodze - rzucił, zrywając się od stolika. - Dyżurny! Która kompania jest w obozie? Pierwsza? Ogłosić alarm, to nie są ćwiczenia! - wydał rozkaz siedzącemu przy wejściu żołnierzowi, który momentalnie popędził go wykonać. Za namiotem słychać było nerwowe pokrzykiwania i rosnący gwar. Po chwili do namiotu dowodzenia wpadli dowódcy kompanii i plutonów. - Dobra panowie - powiedział kapitan. - Sytuacja jest taka…

Obrazek


- Panie kapitanie, melduję obserwację nieznanych, uzbrojonych osób - cichym głosem raportował kapral Wichura. Chwilę wcześniej zajął pozycje w ruinach bloku, obserwując przez okna z powybijanymi szybami grupę nieznanych mężczyzn, którzy rozłożyli się obozem wśród ruin. Kilku siedziało przy palącym się ognisku, czyszcząc broń i popijając coś z manierek. Dalej dwóch stało pod zaimprowizowaną wiatą, przy skrzyniach, rozmawiając o czymś. Stojący dalej samotny wartownik popalał papierosa, widocznie nie przejmując się tym, że ma pełnić straż nad obozem. - Panie kapitanie, melduję dziesięciu… nie, jedenastu ludzi. - raportował niezmiennie kapral - Broń długa, nie widzę niczego cięższego, na pewno broń krótka. Wyglądają na szabrowników, mają jakieś skrzynie. Wystawił nam ich dziennikarz, Piotr vel Bocian, podobno go pan kapitan zna. - przerwał, słuchając rozkazów. - Tak jest, zajmiemy pozycje. Tak jest, będę czekał na dyspozycje, bez odbioru. - oddał łącznościowcowi sprzęt i spojrzał na swoich podkomendnych. - Dobra, każdy wie co robić? Zajmujemy pozycje. Niech któryś mi strzeli, to mu jaja urwę przy samym pysku - zaznaczył i dał rozkaz do rozejścia się. Żołnierze po chwili w kompletnej ciszy zajęli swoje pozycje. Nie minęło trzydzieści minut, a również w kompletnej ciszy zjawił się pluton z 1. kompanii powietrznodesantowej. Prowadził go sam dowódca. - No już, bez czapkowania mi tu - mruknął do kaprala, podczołgując się do pozycji dowódcy drużyny. - Jak sytuacja? - zapytał. - Jest ich trzynastu, broń boczna i broń długa. Siedzą w miejscu, nie kryją się kompletnie - stwierdził kapral, poprawiając hełm. - Raczej spokój, nie wypuszczają się z obozu. Kazałem chłopakom zająć miejsca tak, że mamy ich od frontu i z obu flanek - dodał, pokazując na małą mapę, którą wyjął z kieszeni. - Dobrze, bardzo dobrze. Dwie drużyny z 2. plutonu wysłałem by odcięły drogę potencjalnego odwrotu, więc mamy ich w kotle - stwierdził kapitan, patrząc na mapę i pokazując palcami miejsce. - Kolejne drużyny mam tutaj, czekają w odwodzie, w gotowości są też służby medyczne i wsparcie lotnicze - dodał po chwili i potarł podbródek. - Nakaż pełną gotowość do wszystkich, nie otwierać ognia bez rozkazu - szepnął do łącznościowca, który nadał komunikat do żołnierzy na wewnętrznym paśmie. - Zobaczmy, co tu się dzieje… - mruknął i dał znak podoficerowi, który skryty kilkadziesiąt metrów za ogromnym stosem cegieł trzymał megafon. Mężczyzna skinął głową i odetchnął głęboko, po czym nie wychylając się zza osłony ryknął, a jego głos, wzmacniany urządzeniem, poniósł się po okolicy - Książęce Siły Powietrzne! Proszę zachować spokój i odłożyć broń! Ręce trzymać na wido… - nie skończył, bo na spokojnej dotąd ferskiej ziemi rozpętało się może nie piekło, ale co najmniej piekiełko.

Obrazek


Szabrownicy zerwali się z miejsc, jakby tylko czekali na znak. Widać było, że nie są przypadkową bandą obdartusów, którzy zbierają złom. Momentalnie przypadli do zwałowisk kamieni, kryjąc się za resztkami murów, starymi kontenerami na śmieci czy stosami pustaków. Podoficer sił powietrznych nie zdążył skończyć zdania, a pierwszy z szabrowników poderwał broń do oka i wypalił. Ferskie powietrze rozdarło charakterystyczne gruchnięcie starego dobrego znajomego każdego najemnika - AK47. Odbijające się od stosu cegieł kule rykoszetowały, wzbudzając tumany kurzu. Podoficer skuli się, odrzucając na bok megafon i przeładował broń, przełykając głośno ślinę. W końcu nikt nigdy do niego nie strzelał, a tu takie rzeczy, na sarmackiej ziemi! - Lewa flanka, ognia! Krótkie serie, mierzone, bez szaleństw ogniem ciągłym! Reszta milczy!- zakomenderował kapitan von Thorn-Janiczek ściskając broń w spoconej dłoni i rzucał rozkazy do zestawu słuchawkowego, który podał mu łącznościowiec. Jak na komendę żołnierze otworzyli ogień. Dwóch z szabrowników, najbardziej wystawionych na ostrzał osunęło się po murze, znacząc go smugami koloru krwi. - 3. drużyna, wesprzeć lewą flankę, 4. drużyna przygotować się do wzmocnienia prawej flanki! - rzucił rozkaz kapitan, obserwując pole walki. Już trzeci szabrownik leżał w pyle, trzymając się za przestrzelone udo. Rosnąca szybko kałuża krwi pozwoliła żołnierzowi poznać efekt przestrzelonej tętnicy. Rabuś nie pożyje długo. - Prawa flanka, ogień ciągły! Strzelec wyborowy, eliminować cele z bronią maszynową! - rzucił rozkaz dowodzący, słysząc serię z ręcznego karabinu maszynowego, który mieli ukryci szabrownicy. Po chwili strzały rozległy się z drugiej strony - to żołnierze z drużyny kaprala Wichury odpowiedzieli ogniem, kładąc kolejnych dwóch bandytów. Kolejny, mocujący się z zaciętym zamkiem starego M60, padł na piach, bulgocząc krwią z przestrzelonego gardła, a jego jucha zalazła taśmę amunicyjną. Wtem gruchnęło jakby trwała burza. - Szlag, mają granatnik?! - warknął von Thorn-Janiczek, wysuwając się nieco mocniej zza osłony. W miejscu gdzie wcześniej znajdowali się żołnierze Wichury i wsparcie z 1. drużyny zaległa chmura pyłu. - Dowódca, raportować! - prawie ryknął do słuchawki kapitan. Po chwili pełnej napięcia ciszy wśród trzasków odezwał się głos dowodzącego kaprala - Melduje się kapral Stańczyk - meldunek przerwało kaszlnięcie - melduję jednego ciężko rannego i dwóch lekko rannych, ofiar brak. Reszta na pozycjach, potrzebna pilna ewakuacja medyczna - zdał raport żołnierz. - Szlag… łącznościowiec! - von Thorn-Janiczek przywołał łącznościowca - Natychmiast nadać meldunek MEDEVAC, mają tu być w trymiga! - warknął i wrócił do własnej słuchawki - Trzymajcie się, pomoc już w drodze. Prowadzić ostrzał, bez odbioru! - rzucił i przełączył kanał. - 3. drużyna, dopieprzyć im, długie serie, przycisnąć ich do ziemi! - warknął - I zdjąć mi to cholerne rpg! - dodał, rozłączając się. I ruszyli, ukryta dotąd za murami wypalonego budynku drużyna strzelców wypaliła z wszystkiego, co było pod ręką. Kule orały resztki murów, dwa rzucone granaty rozerwały stary kontener, zamieniając dwóch ukrytych za nim bandytów w kupkę flaków. Wymiana ognia trwała jeszcze kilka minut po czym ucichła. Ciszę przerywały jedynie jęki leżącego w pyle szabrownika, który powoli dogorywał z upływu krwi. W oddali dało się słyszeć głuchy warkot silnika - to zbliżał się śmigłowiec ratunkowy, wysłany po rannych żołnierzy. - Drużyny, raportować! - rzucił do mikrofonu kapitan, przełączając się na ogólny kanał. Po chwili odebrał meldunki od wszystkich. Brak strat, kilku lżej rannych, jeden ciężko ranny ale nie w stanie krytycznym… nie było źle. - Co się dzieje na dole? Ruchy przeciwnika? - znów zapytał na ogólnym kanale, otrzymując odpowiedzi przeczące. - Trzecia drużyna, wysłać zwiad, bez odbioru. - dodał, rozłączając się. Po chwili kilku żołnierzy, krytych przez resztę drużyn zaczęło zbliżać się do ostrzelanego obozowiska. Pikanie komunikatora przerwało pełną napięcia ciszę. - Mówcie - rzucił krótko do mikrofonu dowódca - Kapitanie, melduję, że czysto. Ten jęczący zszedł, mamy kilka trupów - szeptem raportował dowodzący zwiadem żołnierz, zdaje się, że starszy szeregowy Cebula z 3. drużyny. - Przy tych skrzyniach jest właz, chyba do kanału, zamaskowany był, pewnie tędy spieprzyli - dodał po chwili. - Jakie rozkazy? - zapytał żołnierz - Zabezpieczyć wejście ale nie włazić mi tam, schodzimy do Was, bez odbioru. - zakończył kapitan i dał znak do zejścia na pole bitwy. Gdy żołnierze, wciąż wzajemnie się ubezpieczając zeszli na dół, pojawił się śmigłowiec ratunkowy. Młócąc powietrze śmigłami wylądował w pierwszym możliwym miejscu, na pobliskim placu, który kiedyś był zapewne placykiem targowym - a dzisiaj straszył jedynie popękanym asfaltem i resztkami klombów. Z maszyny wyskoczyli medycy, uzbrojeni w torby ze sprzętem ratunkowym i nosze. Dowodzący nimi podoficer sprawnie wydawał rozkazy. Ciężko ranny w nogę żołnierz został zabezpieczony, lżej ranni opatrywani na miejscu. - No, do wesela się zagoi - mruknął podoficer do leżącego na noszach szeregowego, którego noga została trafiona odłamkami i mocno krwawiła - Ale panie sierżancie, ja już po ślubie! - powiedział tamten, siląc się na humor mimo bólu, gdy medycy lokowali go w śmigłowcu. - Wszyscy na pokładzie, odlatujemy kapitanie, ale zostawię wam dwóch medyków - zameldował sierżant do von Thorn-Janiczka, salutując. - Lećcie, my tu jeszcze chwilę zabawimy. Niech z bazy podeślą jakąś ciężarówkę na to ścierwo - mruknął, wskazując na trupy bandytów. Poprawiwszy kaburę z pistoletem podszedł do żołnierzy zgromadzonych przy włazie do kanału. - Cholera, nigdy ich tam nie znajdziemy, a nie zaryzykuję życia chłopaków wpuszczając ich do środka - mruknął do towarzyszących mu dowódców drużyn. - Zwiększyć ilość patroli, może jeszcze gdzieś nam się pojawią - dodał do oficera dyżurnego, który odszedł do łącznościowca, by przekazać rozkaz do bazy. - Panie kapitanie! - do dowódcy przybiegł lekko zdyszany i zarumieniony szeregowy Bolec. - Spokojnie szeregowy, co się stało? - zapytał. - Panie kapitanie, te skrzynie… one są pełne obrazów! - Słysząc to kapitan podszedł do skrzyń i zajrzał do nich. Faktycznie, w środku znajdowało się kilkanaście obrazów. Mężczyzna nie wiedział jakich dokładnie, to nie byl czas i miejsce na ich przeglądanie. Ale to by tłumaczyło obecność szabrowników w ruinach Feru. - Zapakować to na ciężarówkę jak przyjedzie, tylko ostrożnie do cholery - mruknął. - Ciała też. Teren zabezpieczyć, muszę zdać raport do dowództwa - westchnął, rozglądając się po pobojowisku. - Do wieczora chcę widzieć na biurku pełen raport - rzucił do podkomendnych. - Straty, zużycie amunicji i sprzętu, ewentualne uwagi własne - zakończył. Zapowiadał się ciężki dzień...

Obrazek
Namiestnik Starosarmacji
Dowódca Bazy Sił Powietrznych w Punta
mjr KSP bar. Bartosz von Thorn-Janiczek herbu Groty
Avatar użytkownika
Żołnierz Książęcych Sił Zbrojnych
Dwór Jego Książęcej Mości
Starosarmacja
 

Re: Ferska wyprawa [wątek narracyjny]

Postprzez Wilhem Orański 20 mar 2020, o 13:44

Orański opadł ciężko na krzesło, które zaskrzypiało pod jego ciężarem. Na pojawienie się propozycji kawy nie mógł zareagować inaczej, jak kiwnięciem głowy. Wiedział, że nie będzie wybitna, ale każdy łyk czarnego napoju był w tych warunkach zbawienny.
Wilhelm już szykował się do odpowiedzi, w której miał wyjaśnić kapitanowi, że to właśnie ruiny są najciekawszym miejscem, w którym zazwyczaj aż roi się od zaginionych arcydzieł, zapomnianych ksiąg, czy tajemniczych, dotąd nieznanych szerszemu gronu cennych przedmiotów. W muzeach, czy pałacach wszystko podane jest jak na tacy, a eksploracja miejsc zapomnianych jest bardziej pociągająca od kontemplacji właściwej muzeom.
Nie zdążył jednak zwerbalizować swoich myśli, bo miło zapowiadającą się pogawędkę przerwał jeden z łącznościowców. Orański nie musiał słyszeć co się dzieje, by wyobrazić sobie powagę sytuacji. Zachowanie kapitała wyrażało więcej, niż można byłoby się tego spodziewać. Wilhelm postanowił nie wtrącać się, ale obserwować i czuwać.
Po długiej wymianie ognia kapitan zszedł na miejsce, w którym jeszcze kilka minut temu rozegrały się sceny jak z wojny. Orański rozejrzał się dookoła, a następnie oparł się o mur, który stał samotnie, jakby zaświadczając, że kiedyś stał tutaj dość spory budynek. Splótł ręce na piersi i przyglądał się całemu zdarzeniu.

Obrazek


Gdy Orański tylko usłyszał, że skrzynie są pełne obrazów, natychmiast podszedł do miejsca, w którym były one ułożone. Otwarł wieko jednej z nich, a jego oczom ukazały się tyły obrazów, zaś niektóre z nich, malowane na płótnie, były zwinięte i przewiązane jakąś czerwoną tasiemką. — Aj — skrzywił się Orański, gdy zobaczył jak potraktowano obrazy. Patrząc bliżej, na jednym z nich dostrzegł charakterystyczny podpis. — de Rigaud — wymówił na głos, a jego oczy z sekundy na sekundę robiły się coraz większe. — Nie wierzę. — Przyjrzał się raz jeszcze, tym razem bliżej. Na pierwszy rzut oka ocenił, że to może być oryginał. Stare drewno, nieco zniszczone przez korniki oraz podpis, który był tak charakterystyczny, że praktycznie nie dało się go podrobić, ale również sytuacja, której był świadkiem (w końcu kilkunastu uzbrojonych po zęby ludzi nie pilnowałoby w taki sposób kilku podróbek) upewniały go tylko w tym założeniu. Musiał jednak dokładniej obejrzeć dzieła, aby stwierdzić to z pewnością. Wstał i otrzepał z kurzu ręce i spodnie.
Kapitanie — zwrócił się do von Thorn-Janiczka. — Chyba mamy do czynienia z niemałym znaleziskiem. Na odwrotach obrazów widnieje charakterystyczny podpis malarza, który bardzo trudno podrobić. Mowa o de Rigaud, gellońskim mistrzu, tworzącym kilkaset lat temu. Wiele jego dzieł zaginęło, a te zachowane robią furorę na wystawach w całym Pollinie. Muzea biją się o to, żeby choć przez tydzień mogły zaprezentować odwiedzającym obrazy spod jego pędzla. Nie mam jednak pewności, czy to oryginał, musiałbym to zbadać, lecz do tego potrzebuję ustronnego miejsca i paru narzędzi, listę mógłbym wręczyć jeszcze dzisiaj. Jeśli nie macie do mnie zaufania, co jest całkiem uzasadnione, postawcie straż. Tylko błagam, nie wysyłajcie gaduł i kaprala z przerośniętym ego — poprosił na koniec, czekając na decyzję kapitana.
(—) Wilhelm J. Orański
Avatar użytkownika
Dwór Jego Książęcej Mości
 

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Starosarmacja

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości